Ernest Wilimowski był absolutnie najlepszym polskim piłkarzem okresu międzywojennego. Bił rekordy w lidze i dokonał rzeczy nieprawdopodobnej w reprezentacji Polski. Gdyby żył dzisiaj, z pewnością nazywalibyśmy go celebrytą. Miał swoje dziwaczne zachcianki i nie stronił od alkoholu, co przypłacił absencją na wielkim turnieju.

Wilimowski był tak wielki, że potrafił upokorzyć rywali jak nie zrobił tego dotąd nikt w historii polskiej najwyższej klasy rozgrywkowej. 21 maja 1939 roku zdobył w lidze dla Ruchu Hajduki Wielkie 10 goli w jednym meczu! Ofiarą padł zespół Unionu Touring Łódź. Górnoślązak – jak nazywał sam siebie – zaczął wielkie strzelanie po kwadransie od pierwszego gwizdka, a zakończył na 10 minut przed końcem spotkania. Ale to nie wszystko, Wilimowskiemu zdarzały się jeszcze kanonady z siedmioma, ośmioma czy dziewięcioma golami strzelonymi podczas jednych zawodów.

Przepite igrzyska

Jak na geniusza przystało, momenty wielkie przeplatał tymi, o których prawdopodobnie jak najszybciej chciałby zapomnieć. Chociaż wiele z tych złych mógł nie pamiętać, bo jego ciemną stroną było zamiłowanie do alkoholu.

„Miał niepohamowaną słabość do napojów wyskokowych (szczególnie do likieru), co stało się jedną z przyczyn nie do końca udanego występu polskiej reprezentacji w Berlinie” – pisał w swojej książce „Gwiazdy Drugiej Rzeczpospolitej” Sławomir Koper. Autor przytoczył sytuację, która pozbawiła Wilimowskiego udziału w igrzyskach w 1936 roku.

„Tuż przed olimpiadą jego Ruch Hajduki Wielkie (Chorzów) przegrał z Cracovią aż 0 do 9, a Wilimowski został zdyskwalifikowany za grę w stanie nietrzeźwym. Podobno ‚zmęczony’ po całonocnym bankiecie widział na boisku aż ‚cztery piłki’, co utrudniało mu grę. W Berlinie reprezentacja zajęła czwarte miejsce, a z Wilimowskim w składzie dotarłaby zapewne do finału” – czytamy.

„Słynny Ezi zrehabilitował się dwa lata później. Podczas meczu z Brazylią na mundialu w 1938 roku strzelił Latynosom aż cztery bramki, a piąta padła po karnym podyktowanym za faul na nim” – pisze Koper. Niestety, mimo aż pięciu strzelonym golom biało-czerwoni przegrali po dogrywce z Canarinhos, którzy zdobyli jedną bramkę więcej. Była to pierwsza runda turnieju rozgrywanego we Francji, a mimo to polski napastnik uznany został jednym z najlepszych zawodników tamtego mundialu.

Piłka w dorożce

Jak na celebrytę przystało Wilimowski miał swoje dziwaczne zwyczaje. Gdyby grał w naszych czasach, z pewnością występowałby, w którymś z wielkich klubów Europy i prawdopodobnie inwestowałby w samochody. Kto wie, może w jego garażu znaleźlibyśmy jakieś ferrari, porsche, maserati czy lamborghini, ale do tego przydałoby się jeszcze kilku szoferów.

„(…) Ernest Wilimowski natomiast, najlepszy piłkarz Drugiej Rzeczpospolitej, zachowywał się jak rasowy celebryta. Zdarzało się, że po meczu odjeżdżał trzema dorożkami: w pierwszej jechał on, w drugiej przewożono piłkę, a w ostatniej jego buty” – czytamy w „Gwiazdach Drugiej Rzeczpospolitej”.

Wilimowski rozegrał w reprezentacji Polski w sumie 22 spotkania i zdobył 21 goli. Ostatnie zawody z białym orłem na piersi rozegrał 27. sierpnia 1939 roku. Wtedy biało-czerwoni zmierzyli się w Warszawie z Węgrami – ówczesnymi mistrzami świata. Goście szybko objęli prowadzenie, ale ostatecznie za sprawą Eziego, który popisał się hat-trickiem i wywalczył karnego, Polacy wygrali 4:2. Wilimowski zaliczył też kilka meczów w reprezentacji Śląska oraz – niestety – kadrze III Rzeszy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here